Projekt Sztuka: ,,Jedynie mała część sukcesu zależy od szczęścia, na resztę trzeba sobie zasłużyć” – wywiad z Joanną Stogą

Joanna Stoga – ukończyła Europejską Akademię Fotografii w Warszawie (dyplom w pracowni Izabeli Jaroszewskiej). Od 2014 r. jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. W swojej pracy korzysta z różnego typu technik fotograficznych. Największą popularność przyniosły jej serie botaniczne, w szczególności wykonane z użyciem medycznego sprzętu rentgenowskiego. Joanna Stoga wykorzystuje także aparaty typu Camera Obscura, szlachetne technik fotograficzne oraz różnorodne techniki cyfrowe. Oprócz fotografii znaczne miejsce w jej dorobku zajmują grafiki tworzone wypracowanymi przez siebie metodami, łączącymi rysunek z innymi mediami. Poza poszukiwaniami artystycznymi Joanna Stoga fotografuje muzyczne i teatralne wydarzenia we Wrocławiu. W 2012 r. otrzymała Złoty Medal przyznawany przez Royal Photographic Society za najlepsze portfolio w konkursie IGPOTY w Londynie. W 2013 r. zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie organizowanym przez The Georgia O’Keeffe Museum w Santa Fe w USA. Otrzymała również wyróżnienia w konkursach w Paryżu i Santa Barbara. Ma na koncie wiele publikacji oraz wystaw organizowanych zarówno w kraju, jak i za granicą. Pisze krótkie formy, które publikuje głównie na łamach czasopism. Zbiór opowiadań Las, pole, dwa sobole” jest jej debiutancką książką.

Lucy: ,,Las, pole, dwa sobole” to zbiór opowiadań, które w swojej krótkiej formie zawierają liryczne treści przepełnione refleksją, bólem i czarnym humorem. Swoich bohaterek nie charakteryzujesz, nie nadajesz imion czy inicjałów. Swoją drogą, to bardzo trudny zabieg. Jaki miałaś w tym cel?

Joanna Stoga: Gdy teraz się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że napisałam te miniatury w fotograficzny sposób, zatem w jakimś sensie jest to pokłosie mojego zawodu. Pokazuję jedynie urywki z życia bohaterek, jakby wybrane kadry. Moim celem nie było więc zapoznanie czytelnika z historią ich życia, chciałam, by dostał wyłącznie okruchy. Te krótkie momenty mają wywołać w nim rezonans i przywołać jego własne doświadczenia. Ostatecznie poruszam temat, który prędzej czy później dotknie nas wszystkich. Anonimowość bohaterek dodatkowo wzmaga ten efekt, bo dzięki temu łatwiej czytelnikowi nałożyć na nie znane sobie twarze i odebrać albo wręcz odegrać tę historię po swojemu.

L.: Wielu czytelników próbuje utożsamiać autora z tekstem, który wyszedł spod jego pióra. Twoje utwory powstają według wcześniej przygotowanego planu, a może dajesz ponieść się emocjom twórczego szału?

J.S.: Czytelnicy mają nieco racji, gdy utożsamiają pisarza z jego tekstem. Ktoś kiedyś powiedział, że powieść zawsze jest o autorze. W końcu każde zdanie, każda opisana sytuacja przechodzi przez filtr jego osobowości, przez co dostaje coś jakby znamię. Nie oznacza to jednak, że pisarz musi doświadczyć wszystkiego, co chce opisać. Nie jesteśmy dziennikarzami, tworzymy dzięki wyobraźni.

A co do drugiego pytania, to mogę powiedzieć, że bywa różnie. Przy dłuższych formach obmyślam tak zwany łuk fabularny, czyli mniej więcej wiem, do czego chcę doprowadzić i co ma się po drodze zdarzyć, ale pozwalam moim bohaterom wpływać na akcję. Przy krótszych piszę wiedziona bardziej intuicją niż planem.

L.: Nie zajmujesz się tylko pisaniem. Pracujesz jako fotografka, poza tym dochodzą codzienne obowiązki. Kiedy znajdujesz czas na tworzenie tekstów i jaki nastrój temu towarzyszy?

J.S.: Muszę być sama, gdy piszę i do pracy potrzebuję maksymalnego skupienia, dlatego najlepiej pracuje mi się rano. Mąż wychodzi bardzo wcześnie, dzięki czemu mam mniej więcej dwie godziny na zamknięcie się w świecie moich bohaterów. Lubię te poranki i zawsze się dąsam, gdy z jakichś względów przychodzi mi je poświęcić na coś innego. Zdarza się to dość często zwłaszcza latem, bo wczesny ranek jest też najlepszą porą do fotografowania natury. Bywam więc rozdarta, pisanie i fotografowanie równie mnie kusi.

L.: Trudniej sfotografować daną scenę, czy ją opisać?

J.S.: Dobre pytanie! Sama nie wiem. W jednym i drugim wypadku należy zatrzymać uwagę odbiorcy, a będzie jeszcze lepiej, jeśli uda się go poruszyć, sięgnąć do czułych strun. Wydaje się, że fotograf ma trudniej, bo musi uchwycić scenę w ułamku sekundy. To jest ów magiczny moment, gdy wszystkie składowe kadru idealnie ze sobą grają. Chwilę później postaci się przemieszczają, światło traci blask i cała magia znika. Pisarz ma więcej czasu, może poprawiać bez końca i tylko od niego zależy, jak dana scena będzie wyglądać. Mimo to nie potrafię ocenić, którym narzędziem łatwiej jest uchwycić sedno i sprawić, by odbiorca odczytał przekaz. Myślę, że w jednym i drugim wypadku liczy się przygotowanie autora – znajomość warsztatu, doświadczenie i po prostu wprawa – a dojść do tego można wyłącznie pracą nad sobą. Jedynie mała część sukcesu zależy od szczęścia, na resztę trzeba sobie zasłużyć 😊.

L.: Wiem, że przychodzą momenty, kiedy tekst zupełnie nie posuwa się do przodu. Większość sięga wtedy po dobrą książkę i łapczywie ją pochłania. Jak to wygląda u ciebie?

J.S.: Książki towarzyszą mi bez przerwy. Czytam na ogół dwie lub trzy na raz, ale bywa, że w chwili kryzysu sięgam po coś z zupełnie innego gatunku. Jednak mimo blokady staram się pisać codziennie. Podchodzę do tego jak do zadania, które trzeba wykonać bez względu na nastrój i samopoczucie. Słyszałam kiedyś, że tak samo traktował swoją pracę Krzysztof Miller, wybitny polski fotoreporter. W czasie, gdy współpracował jeszcze z „Gazetą Wyborczą”, każdego dnia mobilizował się, by zrobić przynajmniej jedną dobrą fotografię. Nie czekał na niezwykłe wydarzenie, tylko szedł na ulicę i po prostu chwytał życie. Myślę, że przy pisaniu jest podobnie. Trzeba ćwiczyć pióro, jeśli nie chce się, by zardzewiało.

L.: Pisarstwa, jak wszystkich zawodów, można się nauczyć. Jakie cechy, według ciebie, powinna posiadać osoba marząca o byciu pisarzem?

J.S.: Cierpliwość, wytrwałość i jeszcze raz wytrwałość 😊. Obie wiemy, jak długo trzeba czekać na efekt i z iloma kryzysami przyjdzie się zmierzyć, nim dobrnie się do celu. Na ogół jest też tak, że mało kto motywuje nas do pracy. Rodzina i znajomi na ogół pytają – To jak, skończyłaś już tę książkę? – i dziwią się, że nie ma jej jeszcze w księgarniach. W większości nie mają świadomości, że to nie jest spływające z nieba natchnienie, tylko żmudne tkanie ze słów. Nić się rwie, wątki prują i nieraz trzeba wracać do początku. Dlatego nie jest to zajęcie dla niecierpliwych.

L.: Cierpliwość i wytrwałość to jedno, ale trudno kształtować warsztat bez konstruktywnych uwag ludzi, którzy wskażą odpowiednią drogę.

J.S.: O, tak! Dlatego jestem wielką zwolenniczką kursów pisarskich. Dzięki nim mogłam się przyjrzeć, jak piszą inni, zainspirować się ich twórczością i uzyskać od nich opinie na temat moich tekstów. Miałam też ogromne szczęście do wykładowców. Obie uczestniczyłyśmy w kursach prowadzonych przez Michała Pawła Urbaniaka i wiemy, że w swym podejściu do uczestników jest prawdziwym Mistrzem. Dużo wymaga i nie pozwala zaniżać poprzeczki, ale też dzieli się wiedzą, wspiera bez względu na poziom ucznia i szczerze zależy mu na sukcesie podopiecznych. Minęły już chyba dwa lata, odkąd uczestniczyłam w jego kursach, a on nadal jest gotów do pomocy, gdy tylko go o to poproszę. Utrzymuję też kontakt z częścią uczestników i do teraz wysyłamy sobie fragmenty naszych tekstów, by zasięgnąć opinii. Jestem pewna, że nie osiągnęłabym nawet połowy moich umiejętności, gdybym nie dostała wsparcia ze strony ludzi kochających literaturę.

L.: ,,Las pole, dwa sobole” to twój debiut wydawniczy, ale swoje teksty publikujesz też w ,,Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym Śląsk” oraz w magazynie ,,Biały Kruk”. Nie boisz się literackich wyzwań, eksperymentujesz i z łatwością wzbudzasz pożądane emocje. Chciałoby się wierzyć, że pisarstwo to prosta sprawa, ale wiemy, że tak nie jest. Jakie zatem trudności napotykasz podczas budowania fikcyjnego świata?

J.S.: Swego czasu zmagałam się z powieścią fantasy. Projekt nie doczekał się finału, ale wiem, że w ogromnym stopniu ukształtował mój styl. Gdy nad nim pracowałam, największym wyzwaniem okazało się właśnie kreowanie świata. Był taki moment, że siedziałam na podłodze wśród rozłożonych plansz z wyrysowanymi mapami oraz genealogią postaci i płakałam, bo czułam że nie ma sposobu, bym zdołała to ogarnąć. Musiałam wziąć odpowiedzialność za wszystko. Nie tylko za los moich bohaterów i ich zmagania, ale też za historię tego świata, za panujące w nim wierzenia i zwyczaje, za geografię, architekturę, piśmiennictwo, a nawet jednostki miar i czasu. Miałam tabelę z imionami postaci i gdy doszłam do niemal stu, sama złapałam się za głowę. To było potężne wyzwanie i, jak widać, nie zdołałam mu sprostać. Książka nigdy się nie ukazała, ale nie mogę nazwać tego okresu czasem straconym. Mnóstwo się przy tym nauczyłam i o pisaniu, i o sobie samej. Ta praca zachęciła mnie do podejmowania nowych wyzwań – mierzenia się z innym stylem narracji, eksperymentowania, ale też sięgania po coraz ambitniejszą literaturę.

L.: Budowanie fikcyjnego świata wymaga wyobraźni. Czy podczas tworzenia ogarnia cię uczucie ,,cudownej mocy”, która powołuje ,,coś” nowego do życia?

J.S.: Jest coś niesamowitego w procesie tworzenia i mam na myśli każdy rodzaj twórczości. Towarzyszą temu niezwykle emocje. Bywa, że trudne, ale też wspaniałe i już choćby dlatego warto się temu poświęcić. Jednak nie podchodzę to tego tak, jakbym tworząc, zyskiwała „boską moc”. Czuję się bardziej konstruktorem skomplikowanego mechanizmu, który popada w euforię, gdy poszczególne tryby zazębiają się i ten zaczyna działać. Co ważne, proces tworzenia daje nie tylko ogromne poczucie satysfakcji, ale też uczy pokory i wytrwałości. Byłoby pięknie, gdyby uczniowie w szkołach dostawali na tworzenie znacznie więcej przestrzeni.

L.: Masz za sobą kilka konkursów, czy to fotograficznych, czy pisarskich. Towarzyszą temu różne doznania, a z czym wiąże się wydanie własnej książki? Jak zmienia się codzienność osoby, której udaje się spełnić marzenie?

J.S.: Nie zmienia się aż tak wiele, jak można by przypuszczać. Dalej chodzę do tych samych sklepów na zakupy i do tych samych parków na spacery. Szum szybko mija i życie wraca do normy. Z pewnością sukces budzi apetyt na kolejne i zachęca do nowych wyzwań, a już najlepszą jego stroną jest możliwość poznania ciekawych ludzi. Tego nie sposób przecenić. Po premierze książki otrzymałam kilka ogromnie wzruszających listów i nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej nagrody za pisanie.

L.: To musiało być cudowne uczucie! Świadomość, że książka ,,żyje” i wzbudza wachlarz emocji, to taka wartość dodana pisarskich zmagań.

J.S.: To prawda. Gdy książka zostaje wydana, zaczyna żyć własnym życiem i niejako przestaje należeć do autora. Jest więc trochę jak dziecko, które osiągnąwszy dorosłość, wychodzi odkrywać świat.

L.: I na koniec zadam ci pytanie, które zawsze pojawia się w ,,Projekcie Sztuka”. Proszę ujmij w jednym zdaniu mądrość, którą chciałabyś przekazać przyszłym pokoleniom?

J.S.: Wymigam się z tego 😊. Nie czuję się mędrcem, by wygłaszać tu mądrości. Jak wiesz, mówię na siebie „Kłębek Wątpliwości” 😊. Uważam też, że każdy powinien iść własną drogą, a nic bardziej z niej nie spycha, niż oglądanie się na innych. Obyśmy tylko potrafili szanować się nawzajem i dbać o dany nam świat.

L.: Twierdzisz, że nie jesteś mędrcem, a przekazujesz bardzo mądre słowa. Joanno, dziękuję za rozmowę i życzę ci dalszych sukcesów. Z niecierpliwością wyczekuję następnej książki.

Źródło fotografii: Prywatne archiwum Joanny Stogi. Zdjęcie portretowe wykonał Łukasz Rajchert.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »