Byle jak

Stoi przede mną pusty, pękaty kieliszek. Łzy płyną mi po twarzy strumieniem i pchają się do ust. Nie jest tak źle – pocieszam się w duchu. Nie jest, aż tak źle… Marta miała gorzej – jej mąż ją bił. Ja i Darek nawet nie jesteśmy małżeństwem. Chociaż z drugiej strony czy dziesięcioletni związek, nie klasyfikuje się do prawa nazywania go małżeństwem? Śpimy razem w łóżku – coraz rzadziej, ale jednak. Mamy wspólnych znajomych i przyjaciół. Wyjeżdżamy razem na wakacje. Boże Narodzenie dzielimy między rodziców Darka a moich, łamiemy się opłatkiem – ten każdego roku staje się bardziej kruchy, a życzenia coraz częściej są byle jakie. Przełykam ich bylejakość. Choć dławię się nią, nie pozwolę się nią udusić! Kiedyś nie było tak byle jak. My nie byliśmy byle jacy!

Gładzę gładką powierzchnię stołu – nie byle jakiego. Mocne, dębowe drewno stoi stabilnie w dużym salonie i znakomicie komponuje się w jasnym wnętrzu stumetrowego apartamentu. Patrzę w ogromne okno i zastanawiam się, kiedy pozwoliłam się zamknąć w tym szklanym pałacyku? Kiedy szklany pałacyk zmienił się w lodowate królestwo milczenia i kłamstw?
Napełniam kieliszek czerwonym winem – przeźroczysta powierzchnia zalewa się cieczą. Kilka kropel spada na blat – przyglądam się im. Wyglądają jak krew. Tak, spijam zakrwawione dni wypełnione zdradami Darka. Dlaczego z nim jestem? Też zadaję sobie to pytanie. Może dlatego, że mam trzydzieści pięć lat, a najlepszy czas spędziłam u jego boku. Kurczowo uczepiona, zapatrzona w niego, pozwoliłam, aby mnie wchłonął jak jamochłon! Teraz mnie trawi, a ja staję się miałką papką. Wkrótce mnie wydali, jak śmiecia! Wypluje. Wyrzyga. Nie! Nie pozwolę na to! To ja zbudowałam tę firmę. ,,Ślubne kobierce’’, były moim pomysłem. Potrafimy zorganizować każde wesele. Potrafimy zaspokoić najbardziej wyrafinowane klientki.
Pamiętam dobrze kiedy, osiem lat temu, Darek przyszedł z pracy z miną na kwintę. Dwudziesty kwiecień – moje urodziny. Oczywiście, że wtedy nie miał głowy do imprezowania, przecież stracił pracę. Nikt nie myśli wtedy o urodzinach swojej dziewczyny – są ważniejsze sprawy.
Przytuliłam go. Głaskałam po głowie, jak matka syna, a on się rozpłakał – tak zwyczajnie, głośno. Szlochając połykał swoje gluty rozcieńczone łzami. Ocierałam je panikując w duchu, że on się załamie, odwróci ode mnie.
— I bardzo dobrze się stało — powiedziałam, ku własnemu zdziwieniu. — Nie będziesz nabijał kieszeni nadętym dupkom. Zbudujemy własny biznes!
Darek uśmiechnął się krzywo – też nie wierzyłam we własne słowa. Upijaliśmy się tequilą, układałam plan naszej przyszłości, on przytakiwał, a kiedy przypomniał sobie o swoich eks szefach, wyzywał ich od skurwysynów.
Sam nim jest! Widziałam jak patrzy na tą Jowitę – pierwszą druhnę pani młodej. Ona zresztą nie była mu dłużna. Skanowała go od góry do dołu. Gdyby tylko wiedziała, że to wszystko jest moim dziełem! Gdyby wiedziała, że beze mnie, on nie jest w stanie dobrać bielizny do ubrania! Oczywiście, że nie ma o tym pojęcia! Widzi przystojnego mężczyznę, z ciemnymi włosami, przyciętymi wedle najnowszych trendów. Ale to ja ubrałam go w koszulę od Laurena, garnitur od Bossa. To ja zaproponowałam, aby zapuścił zarost – wygląda w nim seksownie. Darek jest moim dziełem i należy do mnie!
A matka mówiła:
— Weźcie ślub, bo takie chodzenie prowadzi tylko do rozstania.
— A cóż ten ślub zmieni? Marta rozstała się z tym swoim, mając obrączkę na palcu. Gdyby nie była zamężna, to nie musiałaby się rozwodzić. Po prostu , wyszłaby z domu i wszystko było by skończone — powiedziałam.
— Ty uważaj, żeby tak Darek nie wyszedł z domu. Zobaczysz, zostaniesz starą panną. Ja ci to mówię!

Brzęczy telefon. Jak dogorywająca mucha porusza się po blacie, naszego nie byle jakiego, stołu. Sms od Darka – ,,Nie dam rady być wcześniej. Muszę dokończyć jeszcze grafik kelnerów. P.S. Wszystkiego najlepszego. Jutro sobie odbijemy”.
Jest z Jowitą! Jestem tego pewna. Ciekawe, gdzie ją pieprzy? U niej? W hotelowym pokoju? W łazience? Pod ścianą? O, Boże, Boże! Nie pozwól mi sobie nawet tego wyobrażać! Ciskam telefonem o ścianę. Rozleciał się na części – pękła szybka wyświetlacza. Jakie to wszystko jest delikatne.
Nie pozwolę, żeby mnie zostawił. Nie ośmieszy mnie w taki sposób, nie zostanę starą panną! Jest mi winien to, że mnie nie opuści, aż do śmierci. Uratowałam go od biedy i bezrobocia, od ojca, który pomiatał nim jak ścierwem.
Nalewam sobie następną lampkę wina, patrzę na mocno czekoladowy tort z wbitą w niego świeczką. Sięgam po książkę, którą dostałam od Marty – ,,Samotnia”, czytam tytuł. Beznamiętnie ją wertuję. Wzrok zatrzymuję na wersie: ,,Życie jest bardzo jednostajne (…) każde dziś nie różni się od wczoraj, a jutro nie wróży odmiany.”. Tak, panie Dickens – to prawda. Żadne jutro nie istnieje, dopóki go nie przeżyjemy. Drżącą ręką, dolewam sobie wina i piję duży haust. Czuję jak cierpka ciecz rozgrzewa moją klatkę piersiową. Robi mi się wszystko jedno, chciałabym zasnąć i już się nie obudzić. Kroję ogromny kawałek tortu. Napycham nim buzię i nie martwię się, że jem go niczym wilk upolowaną sarnę – łapczywie, z zapasem na później. Jestem szczupła i co z tego! To nie wystarczy, aby Darek nie oglądał się na inne. A może mam za małe cycki? Stać mnie, żeby zrobić sobie nowe. On zawsze lubił duże cycki, a trafiła mu się niecycata dziewczyna. Tak, za rok o tej porze, będę jego boginią! Usta regularnie wypełniam kwasem hialuronowym, czoło pozwoliłam ,,ostrzykać,, sobie tak, że mam problem ze zrobieniem wkurzonej miny. Rzęsy sięgają prawie brwi, a ten sukinsyn kurwi się z Jowitą! Nie wytrzymam tego, Boże! Za jakie grzechy. Czy nie może być jak dawniej, kiedy wpatrzony we mnie, nie przejmował się, że jego dżinsy są stare i niemodne? Nie potrzebował całej szafy koszul i garniturów. Wystarczyły trzy, różnego koloru, zakupione na pobliskim targu. Co się z nami stało? Kiedy popełniliśmy błąd?

Opróżniłam całą butelkę wina. Świat wiruje, odsłaniając swe nowe oblicze – pokręcone, niewyraźne, lekkie.
Dochodzi prawie dwunasta. Darek wrócił, a ja nadal siedzę przy stole wpatrzona w wypaloną świeczkę, która rozpłynęła się po czekoladowym torcie. Podchodzi do mnie i całuje mnie w głowę – jak ojciec córkę. Jesteśmy parą do cholery! Dlaczego nie całuje mnie w usta? Dotykam jego twarz, zarost drapie wnętrze mojej dłoni. Mam ochotę dać mu w pysk, a zamiast tego gładzę ją delikatnie i czule. Może próbuję ściągnąć cudzołożne pocałunki?
— To gdzie jutro świętujemy twoje urodziny? — pyta Darek, niewzruszony.
— Byle gdzie. — Wzruszam ramionami.
On ściąga krawat, rozpina koszulę, a ja próbuję nie czuć resztek namiętności, która oplotła się wokół niego. Darek wchodzi do łazienki wyłożonej marmurowymi płytami, a ja mówię bezgłośnie: byle gdzie, byle jak, byle było – jak nasze życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »