Słowna zabawa

Historia dziwnymi słowami pisana

W rolach głównych występują:

maniana i miałki  Maniana –hiszp. Jutro, leniwić się , robić głupoty, częstokół, konterfekt, herezjarcha i wirulencja, hezytacja i spin doctor, antynomia i immanentny, znikomość, skrupuł, pitrasić, kunktatorstwo, kakawelo i ortofonia, skorzonera, gerydon i wypluwka

Przyszedł raz uczony do wieśniaka. Minął częstokół i już wiedział, że gerydon stać w takim miejscu nie będzie. Potknął się i uderzył o niskie wejście. Skrzywił się i potarł głowę energicznie. Konterfekt, wiszący na ścianie, uśmiechał się do niego, ale to uczonego nie uspokoiło. Wiedział, że w tej chacie jest duża wirulencja. Z przewróconego wiadra, mleko zdążyło stworzyć białe jezioro, które uciekało po nierównej podłodze. Kot zamiauczał i wskoczył na ławę. Uczony spojrzał w głąb chaty. Wieśniak popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— Patrzcie, patrzcie. Herezjarcha przyszoł.
— Wybaczcie, ale ja nie jestem herezjarcha. — Uczony odpowiedział. Zawahał się, bo wieśniak nie wyglądał, na takiego, co by ortofonia była mu bliska. Ale nie lubił kunktatorstwa, więc od razu przeszedł do rzeczy. — Spin doctor mnie do was wysyła.
— Spin, kto? — Wieśniak się zdziwił.
— Spin doctor. To taki, pomocnik króla. Podobno nie wywiązujecie się z dostarczania upraw.
— A tyć, nie widzisz, że stara nie domaga. Leży i tylko mówi, co mom pitrasić. — Wieśniak wrócił do mieszania w garze, które przerwał tylko po to, aby podrapać się po nosie. Zapach skorzonery unosił się w całej chacie.

— Król ma znikome zapasy, a Lisa Pawłowska przyjeżdża.
— A tyć, to nie żadna Lisa. Eliza to swojska baba!
Hezytacja ogarnęła uczonego. ,,Czy to możliwe, żeby Lisa tu była? Skąd wieśniak może znać Pawłowską?’’, pomyślał. Nawet jeśli miał jakiś skrupuł wchodząc do tej chaty, właśnie w tym momencie ulotnił się wraz z parą buchającą z garów stojących na piecu.
— A wy skąd znacie Lisę? — zapytał uczony.
— A tyć, ci mówię, że to nie Lisa tylko Eliza! — Wieśniak wstał, poprawił spodnie i spojrzał na uczonego. Kiedy siedział nie wydawał się taki duży. Uczony przełknął głośno ślinę.
— Wrócimy do sedna sprawy. Co z tymi uprawami.
— A tyć, nie mogę powiedzieć, panicku kochany. — Wieśniak podrapał się po głowie. — Bo problem jest, że tyć tu mojej babie, Eliza dała kakawelo do picia.
Uczony nie miał pojęcia co to kakawelo, ale wstyd mu było zapytać o to wieśniaka. Jakaś antynomia była w tym wszystkim. Przeszła mu jednak znikoma myśl przez głowę. Co jeśli wieśniak z żoną tworzą immamentny układ? Tak czy siak musi dowiedzieć się o uprawy.
— Co to ma się do upraw? — Zaryzykował pytaniem.
— Tyć, moja baba , nic innego nie mówi tylko maniana. Lezy na łósku i mówi co mam robić, panicku kochany. To przecia nie życie. Ja do roli urodzony, a nie do garów! — Wieśniak spochmurniał jeszcze bardziej.

Uczony nie wiedział co począć. Na uniwersytecie nie uczyli go jak doradzić chłopu, którego baba nie chce słuchać. Zrobiło mu się żal wieśniaka, ale była już na niego pora.
— Słuchajcie — powiedział uczony. — Powiem Spin doctorowi, że bida u was piszczy. A wy zajmijcie się swoją babą.
— Panicku kochany, nich Bóg ci da. To moze na łobiod panicek zostanie?
Ale uczony nie miał zamiaru jeść miałkiego posiłku, wiedząc, że na zamku świniaka wędzą.
— Bardzo dziękuję, ale obowiązki mnie wzywają. Pójdę już.
Kiedy wychodził, nadepnął na wypluwkę. Wytarł podeszwę o kamień i dumał: co to jest kakawelo?

Tekst powstał w ramach ćwiczeń na Internetowym Kursie www.pasjapisania.pl i tam ukazał się po raz pierwszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »