Projekt Sztuka: ,,Nie chciałam czekać z pisaniem do emerytury” – wywiad z Anną Rosłoniec

Anna Rosłoniec – urodzona w 1986 roku w Warszawie, część dzieciństwa spędziła w Indiach. Absolwentka SGH w Warszawie. Pasjonatka jazdy konnej, szczególnie kilkudniowych rajdów w terenie. Relaksu i odprężenia szuka w jodze. Pierwsze próby napisania powieści podjęła w wieku dziewięciu lat. W dniu trzydziestych urodzin postanowiła zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa i kilka tygodni później zabrała się za pisanie. Tak powstała ,,Zorza”.

Z recenzją książki ,,Zorza” można zapoznać się tutaj: https://lucynalesniowska.pl/zorza/

 Lucy: W dniu trzydziestych urodzin postanowiłaś, że napiszesz powieść. To było coś w rodzaju życzenia złożonego samej sobie, czy obietnicy rzuconej pod wpływem chwili?

Anna Rosłoniec: Trzydzieste urodziny były dla mnie faktycznie momentem przełomowym, dotarło do mnie, że czas upływa i że z tym czasem nie ma żartów, pomyślałam sobie wtedy – masz trzydzieści lat i to niezrealizowane marzenie, jeśli nie teraz, to kiedy? Nie chciałam czekać z pisaniem do emerytury. Nie powiedziałabym, że to było postanowienie pod wpływem chwili, raczej postanowienie, do którego w końcu dojrzałam.

L.: Skąd wziął się pomysł na fabułę?

A.R.: Sama uwielbiam historie, w których tkwią nierozwikłane zagadki sprzed lat, więc to był dla mnie punkt wyjścia, od razu wiedziałam, że wokół takiej tajemnicy będę chciała zbudować fabułę „Zorzy”. Rozważałam wiele różnych opcji, aż natknęłam się na artykuł o Krystynie Skarbek i to jej postać była dla mnie inspiracją, żeby główna bohaterka była agentką.

L.: Bardzo obrazowo przedstawiłaś atmosferę lat trzydziestych. Skąd czerpałaś inspiracje do tych scen?

A.R.: Czytałam powieści osadzone w latach trzydziestych, pamiętniki z tamtych czasów, sięgałam do publikacji naukowych, przeglądałam stare zdjęcia i albumy, słuchałam Mieczysława Fogga. Poza tym w głowie miałam wspomnienia przedwojennej Warszawy, o której opowiadała mi babcia. Starałam się jak najgłębiej wejść w ten klimat, żeby móc go potem oddać na stronach „Zorzy”. 

L.: Fabuła ,,Zorzy” rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, pojawiają się tam też nazwiska postaci historycznych, chociażby Stanisława Skarżyńskiego. Czy miałaś konkretny cel, aby wspomnieć to nazwisko?

A.R.: Potrzebowałam postaci, która w latach trzydziestych robiła wrażenie i Stefan Skarżyński idealnie do tej roli pasował. W trzydziestym trzecim roku jako pierwszy Polak przeleciał przez Atlantyk, co zajęło mu niecałe dwadzieścia jeden godzin. Musiał mieć fantazję, bo lot odbył nie w kombinezonie lotniczym, a w garniturze.Zaimponował mi przede wszystkim osiągnięciami, ale też tą fantazją i pomyślałam, że warto o nim przypomnieć.

L.: Swoją powieść pisałaś ponad dwa lata. To dość długi okres. Nie miałaś ochoty ,,rzucić” tym w kąt i stwierdzić: ,,po co mi to?”

A.R.: Wiele razy miałam taką ochotę. Najtrudniejsze były momenty, kiedy myślałam sobie – poświęcasz na to pisanie tyle czasu, a nie wiadomo czy w ogóle cokolwiek z tego będzie, czy ktokolwiek zechce to potem przeczytać? W pewnym momencie pokazałam pierwsze kilka rozdziałów przyjaciółce i mężowi i poprosiłam ich o szczerą ocenę, taką do bólu szczerą – czy to się w ogóle do czegoś nadaje? Kiedy przyjaciółka powiedziała mi, że czytając miała w pewnym momencie łzy w oczach, pomyślałam, że skoro są emocje, to znaczy, że nie jest źle. I pisałam dalej.

L.: Dziękujesz bliskim za wsparcie. Jak wygląda takie kibicowanie debiutującej pisarce?

A.R.: Dla mnie najważniejsze było chyba to, że moi bliscy potraktowali moje pisanie od samego początku poważnie. Kiedy powiedziałam im, że chcę napisać powieść, nie wyśmiali mnie, tylko od samego początku wierzyli, że to zrobię. Mam wrażenie, że byli tego pewni bardziej niż ja! Bo mną targało mnóstwo obaw. W czasie pisania bardzo pomagało mi, że miałam kogoś z kim mogłam zderzyć moje pomysły, wątpliwości, miałam komu pokazać pierwsze robocze wersje „Zorzy”, ale chyba jeszcze ważniejsze było to, że moi bliscy rozumieli, że pisanie wymaga czasu i dawali mi ten czas. Szczególnie wdzięczna jestem mojemu mężowi, który przecież mógł mieć pretensje, że znów zostajemy w domu, żebym mogła pisać, zamiast na przykład spotkać się ze znajomymi, czy pojechać do rodziców na obiad. Miałby do tego pełne prawo, w końcu moje pisanie wpływało też bezpośrednio na jego życie, ale jednak tego nie robił.

L.: Pierwsze kroki stawiałaś na kursach Pasji Pisania. Co możesz powiedzieć osobom, które myślą o napisaniu książki?

A.R.: Przede wszystkim, żeby usiadły i zaczęły pisać! Poza tym myślę, że na początku drogi fajnie wziąć udział w kursie kreatywnego pisania, to zastrzyk teorii, którą warto znać, ale też przede wszystkim możliwość pracy nad własnym tekstem. A dla tych mniej zdyscyplinowanych to dobra motywacja, żeby wejść w regularny rytm pisania.

L.: Spełniłaś swoje marzenie. Co dalej? Zamierzasz pisać regularnie?

A.R.: Tak, zdecydowanie! Pracuję właśnie nad kolejną powieścią.

L.: Czy twoje książki będą w podobnym klimacie wywiadowczych intryg, czy może zdecydujesz się na zupełnie inny projekt?

A.R.: W tej, którą teraz piszę, też są tajemnice sprzed lat, ale nie ma wątków wywiadowczych tak jak w „Zorzy”. Co do kolejnych książek… trudnopowiedzieć, czas pokaże.

L.: Część dzieciństwa spędziłaś w Indiach. Możesz coś więcej o tym opowiedzieć?

A.R.: Moja mama pracowała w Biurze Radcy Handlowego przy ambasadzie polskiej w New Delhi, pojechałyśmy do Indii razem i spędziłyśmy tam trzy lata. Podziwiam moją mamę za to, że podjęła się tego wyjazdu, tak dalekiego, no i z małym dzieckiem. Z mojej perspektywy to była wspaniała przygoda, ale dla niej na pewno spore wyzwanie. Indie to przepiękny, bardzo bogaty kulturowo kraj. Mam z tamtych lat wiele pięknych i sporo zabawnych wspomnień. Kiedy wyjeżdżałyśmy, nie mówiłam słowa po angielsku. Po pierwszym tygodniu szkoły dyrektorka wezwała moją mamę na dywanik: „Pani córka nie mówi po angielsku, nic nie rozumie. Jak ona ma uczestniczyć w lekcjach? Nie poradzi sobie.”. Mama odpowiedziała jej tylko: „Poradzi sobie, zobaczy pani”. No, więc nie miałam wyboru, musiałam szybko nadrobić braki.Całe godziny spędzałam na nauce i wiele rzeczy z tamtego okresu tak mocno zapadło mi w pamięć, że na przykład do dziś w każdej chwili dnia i nocy mogę wyrecytować jak nazywał się ówczesny prezydent Indii (Shankar Dayal Sharma), bo to była wiedza wymagana na jednym z przedmiotów. Poza tym od samego początku pokochałam indyjską kuchnię, mogłam jeść mocno ostre potrawy i zupełnie mi to nie przeszkadzało, dzieci mają chyba bardziej wytrzymałe żołądki niż dorośli. Paradoksalnie to w Indiach pokochałam też najbardziej typowe polskie smaki, takie jak chrzan, kiełbasa, czy makowiec. Tam to były prawdziwe frykasy na które się wyczekiwało i które wyjadało się po troszeczku, żeby starczyły jak najdłużej. Bardzo chciałabym kiedyś tam wrócić, wybrać się w dłuższą podróż po miejscach, które kiedyś znałam, zobaczyć jak wiele się zmieniło.

L.: Jesteś pasjonatką jazdy konnej. Główna bohaterka i tytułowa ,,Zorza” była znakomita w konkursach jeździeckich. Są cechy, które łączą ciebie i Helenę?

A.R.: Bardzo trudne pytanie! Chciałabym myśleć, że byłabym na miejscu Heleny tak samo odważna jak ona, ale raczej zjadłyby mnie nerwy. Obawiam się, że tych cech łączących mnie z Heleną – oprócz zamiłowania do jazdy konnej – nie ma wiele…

L.: Kogo wskazałabyś na swój literacki autorytet?

A.R.: Mario Vargas Llosę.

L.: Za co go cenisz?

A.R.: Przede wszystkim za umiejętność snucia opowieści, jest kilka jego książek, które pod tym kątem absolutnie uwielbiam (np. ,,Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, ,,Historia Alejandra Mayty”). Poza tym za jego bohaterów, którzy zawsze są z krwi i kości, barwni i niebanalni. No i – to nie jest żart – za umiejętność pisania scen erotycznych. Sceny erotyczne są według mnie jednymi z najtrudniejszych do napisania, łatwo w nich wejść w kicz, albo pornografię. A Llosa potrafi wydobyć z nich całą feerię emocji – czułość, wzruszenie, a kiedy trzeba oczywiście też po prostu gorący seks.

L.: Co powiedziałabyś przyszłym pokoleniom. Jaką mądrość chciałabyś im przekazać. Proszę ujmij to w jednym zdaniu.

A.R.: Ojej, to dopiero wyzwanie! Nie wiem, czy można to nazwać mądrością, ale gdybym miała przekazać jedno przesłanie, to byłoby to chyba: idźcie własną drogą i nie oglądajcie się na to co „powinniście” zrobić, ani na oczekiwania, jakie inni mają wobec was, macie tylko jedno życie, przeżyjcie je tak, jak sami tego chcecie.

L.: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę ci dalszych sukcesów.

2 thoughts on “Projekt Sztuka: ,,Nie chciałam czekać z pisaniem do emerytury” – wywiad z Anną Rosłoniec

    • lucynalesniowska.pl says:

      Uwielbiam ludzi z pasją, a Anna Rosłoniec, zdecydowanie do nich należy. Wiem, że i Ty, Sylwia, dostrzegasz artystyczną stronę życia 🙂 Chyba będziemy musiały o tym porozmawiać 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »