Projekt Sztuka: ,,Bohaterowie, o których piszę, są ze mną od lat” – wywiad z Agatą Suchocką

Agata Suchocka – „rycząca czterdziestka”, pisarka, tłumaczka, poetka, multiinstrumentalistka i animator kultury. Pasjonatka bluesa, gry na ukulele, rysunku, ogrodnictwa i akwarystyki 😉 Czarna dusza pomalowana z wierzchu na tęczowo.

Autorka gotyckiego cyklu wampirycznego „Daję ci wieczność”, w ramach którego w kraju ukazały się 2 książki: „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz”, za granicą zaś 4 tomy: „And Then The Darkness Came”, „Face to Face”, „Song of the Nightingale” i „The Patron”.

Oprócz tego ma w dorobku powieść obyczajową „Jesienny motyl” oraz audiobook z gatunku cyberpunk „DICE”, który został zinterpretowany przez jednego z najlepszych rodzimych lektorów – Filipa Kosiora.

Z recenzją książki ,,Jesienny motyl” można zapoznać się tutaj: https://lucynalesniowska.pl/jesienny-motyl/

Lucy: W swoim dorobku pisarskim masz cykl książek z gatunku fantasy. Co Cię skłoniło do napisania powieści obyczajowej?

Agata Suchocka: Jestem przeciwna sztywnemu podziałowi powieści na gatunki literackie, wiązaniu wyobraźni konwencjami. Najlepsze historie to takie, które nie dają się jednoznacznie sklasyfikować. „Woła mnie ciemność”, zaliczana do gatunku fantasy, jest tak naprawdę obyczajówką eksplorującą (nie)moralność artystycznej bohemy dziewiętnastowiecznego Londynu. Wątek fantastyczny pojawia się pod koniec powieści i staje przyczynkiem do dalszej opowieści już na zupełnie innym poziomie. Ta książka jest powieścią historyczną, nietuzinkowym romansem, gotyckim horrorem, dramatem, a dopiero na końcu bajką czy erotykiem, jak często jest opisywana. Szczególnie ta ostatnia łatka wydaje mi się bardzo krzywdząca.

Nieczęsto, o ile w ogóle, podejmuję świadome decyzje gdy chodzi o temat powieści, jej gatunek lub bohaterów. Zazwyczaj jest tak, że w mojej głowie pojawia się bohater albo scena i ten pomysł stopniowo dojrzewa, nabiera kształtów, a postać w pewnej chwili zaczyna opowiadać swoją historię. Ja wówczas staję się biernym obserwatorem przelewającym na papier, czy może raczej na ekran, jej historię. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczynałam od pisania opowiadań obyczajowych, może lekko nieobyczajnych, nacechowanych kolorytem yaoi, czyli romansu między mężczyznami. Można więc powiedzieć, że zaczynałam od historii obyczajowych.

Któryś raz już jestem pytana o genezę „Jesiennego motyla” i nie potrafię sobie przypomnieć, co skłoniło mnie do napisania tej powieści. Mieszkałam we Wrocławiu przez dwadzieścia pięć lat i od czasu przeprowadzki odwiedzałam miasto sporadycznie. Przez te lata Wrocław bardzo się zmienił, zmienił się też Dworzec Główny, który w „Jesiennym motylu” jest miejscem symbolicznym i znaczącym. To chyba właśnie te wizyty we Wrocławiu, wizyty u mojej ciotki, która jest pierwowzorem książkowej pani Eli i tak jak ona mieszka na Karłowicach, stały się zalążkiem tej opowieści. Jej dom i Wrocław, który opisałam, będący jednym z bohaterów powieści, wszystko to jest częścią mojej młodości i czasów studenckich spędzonych w tym mieście. Niech pozostanie tajemnicą, jak bardzo autobiograficzna jest to powieść…

L. W ,,Jesiennym motylu” poruszasz kontrowersyjny wątek bezdomności i męskiej prostytucji. Czym kierujesz się w poszukiwaniu pomysłów na fabułę?

A. S. Niczym się nie kieruję, one same przychodzą. Bohaterowie, o których piszę, są ze mną od lat. To nie jest tak, że zdecydowałam o pisaniu z dnia na dzień. Szlifowałam warsztat literacki przez ćwierćwiecze; wszystkie te historie, które kolejno ukazują się drukiem, były we mnie już dawno. Teraz po prostu muszę znaleźć czas na to, żeby je spisać.

L. W książce wykorzystano rysunek Twojego autorstwa. Jest bardzo spójny z tym, jak później charakteryzujesz swoich bohaterów. Czy nie bałaś się, że taka ,,wizualna” podpowiedź, zaburzy czytelnikowi jego własne wyobrażenia?

A. S. Napiszę chyba teraz coś bardzo kontrowersyjnego: to moje powieści i moi bohaterowie, więc to, jak ja ich wszystkich widzę, jest nadrzędne i jedynie słuszne 🙂 Nie lubię bardzo szczegółowych opisów postaci podanych na łopacie: „Miał proste, czarne włosy, krótką fryzurę z przedziałkiem, orzechowe oczy, wąski nos i zmysłowe usta; był ubrany w…” Staram się unikać takich opisów, choć czasem mi się to zdarza. Często opisuję wygląd bohaterów, gdy przeglądają się w lustrze i zawsze towarzyszy temu jakaś refleksja. Dużą wagę przywiązuję do oczu. W „Woła mnie ciemność” najwięksi zazdrośnicy mają zielone oczy, co jest nawiązaniem do zdania z „Otella”, w którym Jago przestrzegał tytułowego bohatera „Strzeż się zazdrości, zielonookiego potwora”. Czy czytelnicy wyłapują te aluzje? Czy widzą, że wygląd moich postaci jest nieprzypadkowy? Mam nadzieję, że tak. Lubię wiedzieć, że będą ich widzieć tak, jak chciałabym, żeby ich widzieli, stąd portrety w książkach.

L. Piszesz, rysujesz, grasz na gitarze. Czego jeszcze o Tobie nie wiem?

A. S. …uczę gry na ukulele, śpiewam z Formacji Bluesowej Gorszy Sort, jestem animatorką kultury i od dwóch sezonów prowadzę Koncerty Rodzinne w lokalnej filharmonii. Jestem również tłumaczką literatury, jednak przez wiele lat używałam angielskiego tylko na własne potrzeby, prywatnie i jako nauczycielka. Już niedługo na naszym rynku ukaże się pierwsza powieść w moim przekładzie.

L. Jesteś niesamowicie zdolna, a może powinnam powiedzieć, niesamowicie pracowita. Która z tych artystycznych potrzeb pojawiła się jako pierwsza i jak doszłaś do miejsca, w którym się znajdujesz?

A. S. Pierwsza była muzyka. Ostatnio nawet podzieliłam się na facebooku nikomu niepotrzebną refleksją, że wolałabym utratę nóg niż utratę słuchu. Muzyka towarzyszy mi zawsze i wszędzie, jako piosenki, które piszę i komponuję, jako utwory, które gram, jako część koncertów symfonicznych, które przygotowuję, jako blues, który śpiewam czy ćwiczenia uczniów w szkole. A w jakim miejscu się teraz znajduję? Literacko jeszcze nie tutaj, gdzie bym chciała być.

L. Znasz się na muzyce, potrafisz pisać. Czy tworzysz też swoje piosenki?

A. S. Tak, zaczęłam to robić jeszcze w podstawówce. Mam w dossier kilkadziesiąt utworów, jednak nigdy nie miałam szansy związać się profesjonalnie z muzyką, choć od wielu lat występuję na scenie czy to jako wokalistka, czy chórzystka, czy też konferansjerka. Obecnie piszę smętne bluesowe teksty, ale raz na jakiś czas mam ochotę wrócić do piosenki autorskiej. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, jak niewdzięczna jest dzisiejsza scena muzyczna. Nie mam już wyglądu scenicznej gwiazdki więc pogodziłam się z tym, że na scenie nigdy już nie zaistnieję.

L. Jesteś wrażliwa na dźwięki, czy w takim razie nie potrzebujesz zupełnej ciszy do pisania tekstów?

A. S. Nie mam w tej kwestii preferencji. Gdy tekst „się pisze”, to pisze się w każdych warunkach. Gdy „się nie pisze”, to nie pomoże ani cisza, ani muzyka, ani nic. Czasem przy pisaniu słucham dobrego rocka albo klasyki.

L. Kto jest Twoim Pierwszym Czytelnikiem i czy poddajesz się jego sugestiom?

A. S. Nie będę chyba oryginalna jeśli powiem, że to moja Mama. Nie poddaję się jednak nigdy sugestiom, bo jestem pewna swoich bohaterów i swoich historii. Albo ktoś je „kupi”, albo nie.

L. Już wkrótce ukaże się Twoja następna książka obyczajowa ,,O jeden krok za daleko”, w której poruszasz temat alkoholizmu. Jak przygotowujesz się do trudnych tematów?

A. S. Czy alkoholizm jest w naszym społeczeństwie tematem trudnym? Raczej wstydliwym, zamiatanym pod dywan, przemilczanym albo przeciwnie, bagatelizowanym. Problem alkoholizmu nie jest jednak motorem tej historii. Wynika z tragedii, która zniszczyła życie głównej bohaterce, jest jej ucieczką przed myślami o tym, że nic już nie osiągnie, że przegrała życie. Alkohol to zawsze działające, niedrogie, chwilowe remedium, nieobce chyba każdemu dorosłemu. Problem pojawia się wówczas, gdy to butelka przejmuje kontrolę nad nami. Ada wmawia sobie, że ciągle ma tę kontrolę, ale czy tak jest na pewno, pozostawiam do oceny czytelnikom.

L. Ostatnio w transmisji na Facebooku pokazałaś miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści. Stadnina, którą opisujesz, okazuje się zamkniętą stajnią, prawdopodobnie przeniesioną w inną część miasta. Czy to, co przedstawiłaś w powieści, jest namiastką Twoich wyobrażeń i pragnień, aby to miejsce wyglądało inaczej niż jest w rzeczywistości? A może to w ogóle nie ma znaczenia i wybór był zwyczajnym przypadkiem?

A. S. Tę historię napisałam w czasach, gdy to miejsce było właśnie w rozkwicie. To był impuls, bo – jak wspominam w posłowiu – boję się koni i siedziałam w siodle dwa razy w życiu. Wybór miejsca akcji nie był przypadkowy, gdyż to moja stała trasa spacerowa. Wżarła się w moją wyobraźnię do tego stopnia, że zasłużyła na uwiecznienie w książce.

L. Swoje powieści skrupulatnie planujesz czy pozwalasz ponieść się fali ,,flow”?

A. S. Zawsze, tylko i wyłącznie „flow”. Mam na dysku dwa plany, kilkustronicowe streszczenia, i w ogóle mnie nie ciągnie do tego, żeby te historie powiększyć do rozmiarów powieści.

L. Jakim jesteś typem kobiety?

A. S. Jestem zimną, wyrachowaną, zrobioną ze smoły suką, ale niestety nikt w to nie wierzy, bo ładnie się uśmiecham, potrafię wczuć się w rolę sympatycznej pani nauczycielki i moi uczniowie mnie uwielbiają. Oh, well…

L. Która książka z dotychczas przez Ciebie przeczytanych wywarła na Tobie największe wrażenie?

A. S. „Wampir Lestat”  Anne Rice sprawił, że zaczęłam uczyć się gry na skrzypcach. „Krzyk w niebiosa” tej samej autorki skłonił mnie do tego, by zostać solistką w licealnym chórze. Inne tytuły nie przychodzą mi do głowy, więc nie będę wymyślać na siłę.

L. Kto jest Twoim literackim mistrzem i za co go cenisz?

A. S. Od dekad nieodmiennie jest to Anne Rice. Za barokowo ozdobny język, niesamowitą umiejętność stworzenia mrocznego, dusząco erotycznego klimatu i sprawienia, że powieści, które pozornie są bajkami o wampirach, mogą odmieniać czyjeś życie. Moje odmieniły na pewno, to właśnie dzięki nim zaczęłam się interesować pisaniem, muzyką klasyczną i sztuką.

L. Jesteś kobietą wielu talentów, których niejeden może Ci pozazdrościć, czego w takim razie mogę Ci życzyć?

A. S. Miałam kiedyś marzenie, aby zagrać w duecie z Nigelem Kennedym, ale tak naprawdę ja tylko udaję, że umiem grać na skrzypcach. Muszę zadowolić się tym, że wypiliśmy razem kilka piw i jest fanem mojej prozy. Sprezentowałam mu moje powieści w przekładzie na język angielski. Nie mam ambicji zawodowych, mam fajną pracę, niosę muzyczny „oświaty kaganiec”, współtworzę fajną instytucję, czyli Niepubliczną Szkołę Muzyczną Preludium. Brakuje mi tylko szerszego rozpoznania moich powieści na rodzimym rynku, wydania wszystkich tomów cyklu, nad stworzeniem którego pracowałam przez dwadzieścia pięć lat. Książki, które się ukazały, nie dotarły do szerszej rzeszy czytelników, a ja mam wciąż ambicję zostania „polską Anne Rice”. Niczego innego mi nie potrzeba na obecnym etapie życia. A ekranizacja? Jak najbardziej! „Jesienny motyl” czy „O jeden krok…” to świetne materiały na film, który można nakręcić w Polsce. Powieści wampiryczne wymagałyby jednak zaangażowania Netflixa czy innego „ejczbiou”.

L. Masz swoje typy aktorów, którzy mogliby zagrać głównych bohaterów? I dlaczego właśnie oni?

A. S. Uważam, że świetną Lidią z „Jesiennego motyla” byłaby Magda Różczka, a Mickey’em Bartosz Bielenia. On ma szaleństwo i desperację w oczach, byłby idealny! Jeśli chodzi o moich krwiożerczych chłopców, to też mam swoje typy. Twarzą Armagnaca jest od lat amerykański malarz i model Miles McMillan, Lothar to naprzemiennie David Garrett i Lucky Blue Smith. Idealnym Uccellinem byłby Andrej (obecnie już Andreja) Pejic. Wiele zdjęć można znaleźć na moim autorskim facebooku i w fanclubie, odsyłam wszystkich tam do zabawy w castingi!

L. I na koniec zadam Ci pytanie, które jest stałym elementem ,,Projektu Sztuka”. Gdybyś miała napisać jedno zdanie, które odczytaliby ludzie z przyszłości, byłoby to…?

A. S. „Uratujcie planetę, którą my wyeksploatowaliśmy i zniszczyliśmy.”

Dziękuję Ci za rozmowę, życzę dalszych sukcesów i z przyjemnością będę śledzić Twoją twórczość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »